środa, 4 maja 2011

O fali w wojsku

We wszystkich armiach świata, w których służą żołnierze z poboru występuje zjawisko „fali”. Nie jest więc niczym szczególnym, że do niedawna panowało ono również w polskim wojsku. Niektórzy znają to pojęcie tylko z teorii, więc postaram się  je przybliżyć, ponieważ kiedyś doświadczyłem go na własnej skórze. Łagodną odmianę zjawiska fali przeżył chyba każdy w szkole. Żołnierze starszego rocznika odnoszą się do młodszych żołnierzy mniej więcej tak jak uczniowie starszych klas do uczniów młodszych. Z tym, że w wojsku nie ogranicza się to do przerw między lekcyjnych ale rozciąga się na 24 godziny i wszystkie dziedziny życia.



Do chwili zetknięcia się z falą w wojsku miałem o tym zjawisku dość mgliste pojęcie. Pisałem już o pobycie w ośrodku szkoleniowym w Ustce, tam odbyłem kurs unitarny, tam złożyłem przysięgę i tam wyszkolono mnie na radiotelegrafistę. W Ustce nie było fali, wszyscy w całej jednostce byliśmy młodymi żołnierzami z jednego poboru, zaczęliśmy się ze sobą integrować i zgrywać, wojsko zaczęło się wydawać fajne. Nadszedł jednak w końcu koniec półrocznego szkolenia i musieliśmy opuścić jednostkę robiąc miejsce dla nowego poboru.
Szkolono nas w dużych grupach, które były utworzone tylko dla celów szkolenia, bo przecież żaden okręt ani żadna inna jednostka nie potrzebowała pięćdziesięciu radiotelegrafistów naraz. Tak więc dopiero co zintegrowane oddziały zostały porozdzielane i rozdano nam przydziały na okręty i jednostki rozrzucone po całym polskim wybrzeżu. Miałem trochę szczęścia i dostałem skierowanie razem z drugim kolegą do dużej jednostki na Helu, we dwóch było jakoś raźniej. Jednostką na tyle dużą, że było w niej zapotrzebowanie aż na dwóch radiotelegrafistów z jednego poboru, była kompania kadrowa, którejś tam flotylli.


Właśnie tam na Helu pierwszy raz zderzyłem się ze zjawiskiem fali, bo tam zaczęło mnie ono dotyczyć. W kompani służyło kilkudziesięciu żołnierzy i byli to radiotelegrafiści, sygnaliści, telefoniści, kierowcy i kilku wartowników do obsługi tajnej poczty. Wszyscy pochodzili z trzech poborów – najmłodsi, świeżo po szkółce w Ustce, z półrocznym stażem w wojsku, nazywani byli żagielkami lub baniakami. Pół roku starsi od nich stażem byli wickowie, a najstarsi stażem, pół roku przed wyjściem, to byli dziadkowie. Podobnie było na okrętach z tą różnicą, że mieli więcej roczników, bo służyli 3 lata. Ci z okrętów mówili na nas – szczury lądowe- a my zazdrościliśmy im lepszego żarcia ale nie długości służby. Nosiliśmy takie same mundury ale tych z okrętów łatwo było odróżnić, bo mieli inne buty.


W naszej kompani podział pracy był następujący: dziadkowie nie pracowali w ogóle, wickowie w zasadzie też nie ale oni mieli obowiązki, odpowiadali za utrzymanie porządku na terenie kompani i w miejscach gdzie kompania pełniła służby, nie wykonywali jednak pracy osobiście tylko rękami „młodych”. Łatwo więc zgadnąć, że młodzi byli zawsze wszędzie potrzebni i nie mieli czasu na spanie, jedzenie, czy cokolwiek. Pierwsze dni po zameldowaniu się w jednostce były więc dla mnie niemałym szokiem, gdy nagle zostałem zakwaterowany w 8 osobowej sali jako jedyny baniak. Na mnie spadł obowiązek sprzątania i biegania na posyłki.


Wieczorami często spotykałem innych baniaków w łazience przy karnym sprzątaniu pisuarów lub kabin prysznicowych za pomocą kawałka cegły. Czasami parzyliśmy „hasz” dla dziadków, tak nazywali bardzo mocną herbatę. Przy tej okazji nauczyłem się posługiwać „betoniarką” – oryginalną grzałką do wody, którą można było zrobić z 2 drucików, 2 żyletek, 2 zapałek i kawałka nitki. Wickowie musieli parzyć sobie „hasza” osobiście i czasami przy tej okazji udawało się z nimi niesłużbowo porozmawiać. Dziadkowie nie rozmawiali z młodymi wogóle.


Oprócz naszej kompani było wtedy na Helu kilkadziesiąt innych jednostek i jedna wspólna kuchnia, którą wszystkie jednostki kolejno obsługiwały przy zmywaniu naczyń i obieraniu ziemniaków. Podobne zasady obowiązywały w Ustce ale tam do obierania ziemniaków szliśmy wszyscy – cały oddział. Na Helu było inaczej, obierali ziemniaki tylko młodzi. Na kompani było 7 młodych i dwaj byli zazwyczaj na służbie, na ziemniaki szło nas więc 5 i jeden wicek, który miał nas zaprowadzić i pilnować. Obieranie 6 worków ziemniaków zajmowało nam około 5 - 6 godzin, a więc od 20 do 1 –2 w nocy, a rano normalna służba.



Dla nas radzików służba polegała na nieustannym nasłuchu, centrum nasłuchu znajdowało się w starym poniemieckim bunkrze, w którym kiedyś zamontowane było wielkie działo. Rytm służby wyglądał mniej więcej tak: od śniadania do obiadu, potem przerwa, a po kolacji znowu – do śniadania, po śniadaniu spanie i krótka służba od obiadu do kolacji, potem noc na kompani i od rana znowu służba przy nasłuchu. Na służbie spać nie było wolno trzeba było nasłuchiwać komunikatów, niektóre zapisywać. Każdy z nas musiał mieć ucho dobrze wyćwiczone do wyłapywania nadawanych alfabetem Morsea meldunków.

Stary żołnierz mógł po służbie odpocząć młodemu czasami się udawało, czasami nie, młodych ciągle potrzebowali do jakiejś roboty. Dodatkową atrakcją były wszechobecne dziki, często spotykaliśmy je w lesie między kompanią, a centrum nasłuchu. Nazywaliśmy nawet Hel prywatnym ranczem Janczyszyna – ówczesnego dowódcy Marynarki, który czasami urządzał na nie polowania.
Straciłem na Helu kilka zębów zapewne głownie dlatego, że wszystkie kilkadziesiąt jednostek obsługiwał jeden dentysta, który leczył głównie kadrę i ich rodziny. Dla zwykłych żołnierzy miał wyznaczone godziny, przyjmował tylko z bólem i tylko do rwania. Jeden z kolegów, który dostał się do dentysty po kilku dniach bólu zęba był tak zdesperowany, że oprócz tego bolącego zęba kazał sobie wyrwać innego, bo podejrzewał, że też go może zacząć boleć.

Pół roku jakoś minęło i przyszło nowe wojsko, dziadkowie odeszli i zostałem wickiem. Miałem zagwarantowany odpoczynek po służbie i mogłem leczyć zęby prywatnie, w Juracie. Raz trafiłem do ancla, czyli aresztu. Zatrzymał mnie patrol żandarmerii w Gdyni, początkowo za nieprzepisową czapkę, starzy żołnierze wyjmowali z czapki usztywnienie, żeby wyglądała bardziej zawadiacko. Gdy podszedłem do żandarmów poczuli alkohol, a potem przyczepili się jeszcze do przepustki. Tak jak wszyscy starzy w naszej kompani miałem przepustkę stałą, kłopot był tylko w tym, że była ona ważna na Helu i w Juracie. Między tymi miejscowościami był wtedy zamknięty teren wojskowy.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Proszę przeczytać Regulamin grupy Historia -interpretacje i narrację.Udostepniajac tam swoje artykuły proszę nie stosować metody kopiuj-wklej