wtorek, 15 marca 2011

Nie zna życia kto nie służył w Marynarce

Miałem szczęście lub pecha w marynarce służyć w czasach gdy była jeszcze w naszym kraju służba zasadnicza. Teraz młodzi ludzie nie mają już takiej okazji, czy na ich szczęście czy też nie, tego nie umiem ocenić. Z jednej strony nie można zaprzeczyć, że były to dwa lub trzy lata wyjęte z życiorysu i całkowicie bezproduktywne. Z drugiej jednak nie sposób twierdzić, że służba zasadnicza niczego nie uczyła i nie rozwijała w pewnym sensie osobowości. No ale nie ma o czym mówić, na razie jej nie ma i nie wiadomo czy kiedyś wróci.
Pobór do zasadniczej służby wojskowej był przymusowy i żegnając się z kumplami przed wyjazdem do jednostki miałem wrażenie, że jadę do zakładu karnego. To wrażenie pogłębiło się jeszcze gdy pierwszy raz przekroczyłem bramę CSSMW w Ustce (ten skrót oznaczał wtedy Centrum Szkolenia Specjalistów Marynarki Wojennej).
Był to bardzo duży ośrodek i podczas każdego poboru przyjmował około 2 tysięcy rekrutów, więc po przyjeździe nowego poboru tworzyły się gigantyczne kolejki do strzyżenia. Wtedy, to znaczy w 1983 roku, nie widywało się na ulicy głów ogolonych na zero, modne były nieco dłuższe włosy i każdy z poborowych był dumny ze swego zarostu i przywiązany do fryzury. Strzyżenie było jednak obowiązkowe i dość radykalne, na krótkiego jeżyka. Atmosfera pośpiechu i presja długiej kolejki oczekujących wymuszała rutynę i automatyzm u „fryzjerów”. Byli więc szorstcy, stanowczy i z nikim się nie cackali, a nie jednemu ze strzyżonych łza pokazała się w oku, gdy żegnał się ze swoją fryzurą. To była pierwsza nauka, że w wojsku nie ma miejsca dla indywidualistów.
Dalsze nauki wpajał nam kapral, gdy już podzielono nas na dość duże drużyny. Przez osiem godzin dziennie mieliśmy wykłady lub zajęcia praktyczne prowadzone przez zawodowych, czyli trepów. Może słowo wykłady nie jest tu adekwatne, bo często sprowadzały się one do czytania nudnych instrukcji i regulaminów typu: „Dzida bojowa składa się z przeddzidzia, śróddzidzia i zadzidzia, przeddzidzie dzidy bojowej składa się z przeddzidzia przeddzidzia, śróddzidzia przeddzidzia i zadzidzia przeddzidzia.....” lub podobnych. Na początku dużą atrakcją były dla nas zajęcia praktyczne, silniki okrętowe, elementy uzbrojenia okrętu, radiostacje, itp. Szybko jednak te zajęcia przerodziły się w tortury, ja na przykład jako radzik musiałem się nauczyć nadawania meldunków alfabetem morsa z odpowiednią prędkością. Niezbędne minimum potrzebne do zaliczenia to było 60 liter na minutę, z taką prędkością trzeba było się nauczyć nadawać, bo odbierać i zapisywać każdy musiał wszystkie komunikaty nawet te nadawane z prędkością 110 liter na minutę. Widywałem też sygnalistów, których zadaniem było nadawanie sygnałów za pomocą dwóch chorągiewek, żeby wyrobić sobie ręce brali do każdej po jednej cegle i machali całymi dniami.



Przed zajęciami i po zajęciach władzę i opiekę nad nami sprawował mat – odpowiednik kaprala, jego zadaniem było wychowywanie nas w szacunku do wojska, zdrowiu i czystości oraz dbać o naszą tężyznę fizyczną. Był z nami codziennie od pobudki i zaprawy porannej, prowadził nas na posiłki, zajęcia poligonowe, pilnował nas przy czyszczeniu oraz zajęciach z bronią i sprzątaniu budynku. Mat był naszym ojcem, matką i bogiem, jego słowa były święte, a decyzje nieodwołalne. Mat, żeby zintegrować oddział i zmusić go do współpracy często stosował odpowiedzialność zbiorową. Polegało to na tym, że gdy ktoś nie dość szybko złożył broń lub mat znalazł u kogoś brudną część zarządzał dla całego oddziału dodatkowe zajęcia lub sprzątanie, bo „Iksiński się nie wyrabia”. Jeżeli mat znalazł jakieś źle posłane łóżko zrzucał wszystkie materace w tej sali na podłogę. Powodowało to oczywiście odwet na tym kto podpadł. Szybko okazało się, że skuteczne robienie kocówy w niewielkiej sali, w której znajduje się 16 piętrowych pryczy jest bardzo uciążliwe, znajdowaliśmy więc inne sposoby, żeby dokuczyć podpadniętemu koledze. Po pewnym czasie stało się z nami to o co chodziło matowi, on znał sprawę z własnego doświadczenia i od początku widział co z tego wyniknie. My doszliśmy z czasem do wniosku, że lepiej pomóc koledze w składaniu broni lub zasłaniu łóżka niż później zbiorowo przez to cierpieć.



Szczególnie usilnie wbijał nam mat do głów utrzymanie porządku i czystości. Nie zapomnę co się stało gdy kiedyś po cspstrzyku, gdy wszyscy już leżeli pod kocami znalazł na podłodze naszej sali zapałkę. Teraz z perspektywy czasu wydaje się to śmieszne i zabawne ale wtedy wcale nam się zabawne nie wydawało. Zmęczeni po ciężkim dniu musieliśmy wstać, ubrać się, założyć na plecy całe oporządzenie i iść aż na poligon. 16 rekrutów, a zapałkę nieśliśmy na rozpostartym kocu. Musieliśmy wykopać saperkami 2 metrowy dół i pogrzebać w nim naszą zapałkę. Cały pogrzeb trwał 3 godziny, a trzeba było jeszcze po powrocie się umyć, sprzątnąć łazienkę wyczyścić buty i mundur, złożyć mundur w przepisową kostkę i zdążyć położyć się przed pobudką. Przed pobudką i po capstrzyku każdy żołnierz musiał być w łóżku.

niedziela, 6 marca 2011

Hala Gąsienicowa

Moje zdrowie nie jest takie dobre jakbym chciał. Mam problemy z utrzymaniem równowagi i czasami chwieją się pode mną nogi. Dlatego nie dla mnie już Tatry i wysokogórskie wędrówki, lepiej się czuję w górach mniejszych i łagodniejszych, gdzie szlaki są mniej kamieniste. Tak całkiem jednak nie odpuszczam. Dlatego gdy ostatnio trafiłem do Kuźnic nie mogłem nie skorzystać a okazji, żeby pójść nad Czarny Staw Gąsienicowy.
Dla osoby zdrowej nie jest to oczywiście żaden wyczyn, dla mnie była to poważna wyprawa. Poruszałem się w żółwim tempie i pokonanie całej trasy i powrót zajęło mi około ośmiu godzin, pod koniec, gdy doszedł element zmęczenia nawet się kilka razy przewróciłem. Zdarzało się, że ci sami ludzie wyprzedzali mnie dwukrotnie. Właśnie reakcja ludzi na moją chwiejną i nieporadną wędrówkę bardzo mnie zaskoczyła.
Przywykłem już do tego, że gdy zatoczę się na ulicy, to towarzyszą temu pełne politowania spojrzenia, zarozumiałe uśmieszki, czasami głośny śmiech lub komentarz. Nie przejmuję się tym, taka już jest ludzka natura. Tymczasem na szlaku do Gąsienicowego Stawu ludzie eksplodowali wręcz współczuciem i troskliwością. Może nie wszyscy ale większość i starsi i młodzi. Jeden młody człowiek szedł ze mną pół godziny, chociaż przekonywałem go, że sobie poradzę i nakłaniałem, żeby szedł swoim tempem.
Generalnie prawie wszyscy pytali czy nie zasłabłem, jak mogą pomóc i oferowali wodę. Nie potrzebowałem akurat pomocy i wody miałem pod dostatkiem, ale sama świadomość wszechobecnej życzliwości działała bardzo budująco.