niedziela, 20 grudnia 2009

Wyższe Szkoły Tego i Owego

Zaznaczam na wstępie, że przedstawiony poniżej pogląd nie jest mój tylko dziennikarki z POLITYKI, aczkolwiek prawie całkowicie się z nim zgadzam. Trudno się z nim nie zgodzić, trzeba jednak pamiętać, że wyjątki zdarzają się wszędzie.
W każdej działalności produkcyjnej największym problemem jest zbyt. Bardzo łatwo coś wyprodukować, nieważne przy tym czy będzie to coś pożytecznego, ładnego, potrzebnego, czy też bubel. Gorzej już jest ze sprzedażą tej produkcji w całości lub w części, nawet produkcji chleba nie udaje się dzisiaj w całości sprzedać.
Doskonale w te realia wpisują się tak zwane niepubliczne szkoły wyższe. Zarabiają one w czasie produkcji i nie biorą żadnej odpowiedzialności za zbyt. Absolwenci po opuszczeniu takiej szkoły odkrywają, że wtłaczana w nich wiedza nie przydaje im się w znalezieniu pracy. Są o kilka lat starsi i czują się wydojeni z kasy na czesne, stancje, dojazdy, podręczniki, kupione przez internet prace zaliczeniowe, itp.. GUS szacuje, że samo czesne to kilka miliardów złotych rocznie, jest więc o co zabiegać.
W Polsce istnieje 325 wyższych szkół niepublicznych i wszystkie nauczają właściwie tego samego. Uczelnie te rzadko inwestują w coś więcej niż krzesła, nie nauczają biologii, chemii, fizyki, medycyny, bo to wymagałoby urządzenia laboratoriów i zaplecza naukowego.
Nie monitorują rynku pracy pod kątem potrzeb, tylko starają się „kształcić” (czytaj: produkować) jak największą liczbę magistrów, przy jak najmniejszych kosztach własnych. Tylko widoki na zysk uczelni kształtują ich pokrętny marketing, którym mieszają w głowach naiwnym młodym ludziom.

Brak komentarzy: